Inwazyjne gatunki obce na wielkim ekranie, czyli czego uczy Jurassic Park?

Inwazyjne gatunki obce na wielkim ekranie, czyli czego uczy Jurassic Park?

Inwazyjne gatunki obce na wielkim ekranie, czyli czego uczy Jurassic Park?
Autor: Rafał Maciaszek / Katedra Genetyki i Ochrony Zwierząt, Instytut Nauk o Zwierzętach SGGW w Warszawie
Opublikowano dnia 29 maja 2021

Ile części Jurajskiego Parku musi jeszcze powstać, by człowiek zaczął przygotowywać dla swoich przyszłych podopiecznych warunki uwzględniające ich potrzeby zamiast nabywać je pod presją chwili koncentrując się właściwie jedynie na atrakcyjnym wyglądzie stworzenia? Halo Łowca, ja tylko wrzuciłem raki luizjańskie do oczka wodnego. Co miałoby pójść nie tak?

Wydaje się, że główny problem na jakim skupia się seria Jurassic Park to, jak określił Ian Malcolm, bawienie się człowieka w boga i jego ingerencja w procesy naturalne. Czy aby na pewno? Właściwie chodzi tu o konkretnie inżynierię genetyczną i wykorzystanie jej do odtworzenia wybranego gatunku (no bo przecież nikt by się nie przejmował gatunkami rodzimymi, zapewne endemitami oryginalnie występującymi na dwóch wyspach zamienionych pod sam park na Isla Nublar oraz hodowlę znaną jako Site B (Isla Sorna)). Dzięki potędze genetyki człowiek obecnie odtwarza gatunki, ale także i bawi się tymi genami – oczywiście nie zawsze tak, jakby wydawało się to słuszne – czego przykładem jest mieszanie zupełnie niespokrewnionych ze sobą gatunków jak danio pręgowany, któremu wprowadzono geny białek odpowiadających za fluorescencję, dzięki czemu może „świecić w ciemności”. Powstały jako produkt, który wprowadzany jest na rynek bez przeprowadzenia badań o ewentualnym negatywnym wpływie wprowadzonych zmian na same ryby, dzięki czemu zwolennicy ryb fluo mają argument o braku szkodliwości modyfikacji – no bo nie ma badań, a im się wydaje, że wszystko jest w porządku. Sprawy mają się dobrze dopóki bawienie się genetyką jest wykonywane zgodnie ze sztuką, bez pośpiechu i z pełnym zrozumieniem, dbałością o bezpieczeństwo i zdrowie zwierząt oraz faktycznie w uzasadnionym celu – wzięcia odpowiedzialności za swoją własną działalność.

Przyglądając się filmom łatwo się zorientować, że nie chodzi w nich o wielkość dinozaurów, lecz o brak przygotowania dla nich miejsca uwzględniającego ich potrzeby. Zarówno w części pierwszej i drugiej Jurassic Park, jak i pierwszej z trylogii Jurassic World, nawet przy zaawansowanej technice wybiegi nie były nigdy wykończone, właściwie zabezpieczone albo pozostawały w fazie testowania (a zwierzęta już w nich były). Oczywiście, mały „glonojad” wprowadzony do zbyt małego akwarium docelowego nikogo raczej nie pożre, ale jak najbardziej jest to ten sam błąd, który powielany był w filmach. Różnica polega na tym, że człowiek nie postrzega zwierząt akwariowych jako zagrożenia dla siebie, bo przecież nie zawsze chodzi tu o zwierzę.

Wspólną dla przeciętnej akwariowej rybki i hybrydowych dinozaurów, które przerosły oczekiwania człowieka, jest jednak to, że w obu przypadkach zostają finalnie porzucone. Tak, velociraptor Blue, jak i towarzyszący od samego początku miłośnikom serii tyranozaur Rexy to gatunki obce. Nie występowały naturalnie na wspomnianych wyspach w takich formach – jak wiadomo nie są to właściwie rzeczywiste dinozaury, a miksy różnych gatunków, wcale nie blisko ze sobą spokrewnionych, a właściwie takich, które nie miałyby możliwości się krzyżować. No dobra, a dlaczego inwazyjne? Jestem przekonany, że najlepiej pokaże to zaplanowana na przyszły rok ostatnia część trylogii Jurassic World.

Gdzie w tym wszystkim słynne „Life, uh, finds a way” – właśnie w tym, że porzucone zwierzęta, czy też gatunki obce, próbują (bo nie zawsze im się uda) sobie poradzić w nowych warunkach, do których je wprowadzono. Wpuściłeś bojownika bez aklimatyzacji do dopiero co zalanego świeżą wodą pseudoakwarium i przeżył? Był wystawiony na próbę, której sprostał, co nie jest jednoznaczne z tym, ze warunki były dla niego właściwe (bo absolutnie nie były) – to m.in. dzięki odporności karasia złocistego, złota rybka jest w stanie znieść wiele… efektów głupoty opiekuna. W przypadku obcych nie jest to absolutnie ich wina, że wyrządzają ewentualne szkody w nowym miejscu. Próbują osiągnąć swój sukces polegający na jak najlepszym przystosowaniu się do otoczenia, na tyle ile tylko potrafią (wyraźnie podkreślone zostało to na przykładzie Indominus Rex, który dla wielu jest „wrogiem” jednego z filmów). To nikt inny, a człowiek jest winien tym gatunkom właściwe podejście, wzięcie odpowiedzialności za nie, gdyż pojawiły się w nowej sytuacji na skutek jego działalności. Ta odpowiedzialność jest nieco ukryta w nazwie inicjatywy, jaką jest Łowca Obcych.

Wykorzystana grafika: wallpaperaccess